wtorek, 23 maja 2017

Stary niedźwiedź mocno śpi albo znowu w grocie króla gór

Co tu dużo pisać.
Jaskinia jak jaskinia. Ciemna i mokra.

No dobra. Kilka jaskiń już widziałem. Były jaskinie w Polsce, Chorwacji, Wietnamie, na Filipinach (tam to nawet kilka), Maderze... Ale ta naprawdę robi wrażenie.

  Zwłaszcza na dziewczynach


A tego to nawet nazwaliśmy. Oto Darth Vader we własnej osobie. Obok jakaś narośl.



Proszę Państwa o to miś.
Miś jest bardzo grzeczny dziś
Miś dziś Państwu łapę poda.
Nie chce podać? Smuta minka?
Bo leży tu od 15 tysięcy lat i wygląda na całkowicie nieżywego. Misio ważył około tony i nie był roślinożerny.


Reszta, jak zawsze kiedy nie wiem co pisać, a narobiłem masę zdjęć, jest na Zoneramie.

Przypomniało mi się. W Rumunii zabrali się za remonty dróg. Remontują z rozmachem po kilkadziesiąt kilometrów od razu. I ustawiają sygnalizację, bo oczywiście przy tym poziomie rozrycia musi być ruch wahadłowy. Kto się spotkał z samochodem z przeciwka po wjechaniu na zielonym przy ruchu wahadłowym? My się spotkaliśmy. W dodatku z TiRem... Czego i Wam nie życzę.





poniedziałek, 22 maja 2017

Pełna micha albo spacerkiem po Oradea

To ruszyliśmy skoro świt na nasze pierwsze "spotkanie biznesowe".


Uiversitatea din Oradea wprawiła nas w lekkie zdumienie. Pewnie się jeszcze trochę nazbiera. Na wszelki wypadek napiszę o tym jak już opuścimy Rumunię.

 Oradea składa się z jednego wielkiego kontrastu. Pięknie odnowiony plac w centrum i nietknięte od ponad 100 lat kamieniczki w bocznych uliczkach, z których leci na głowę wszystko czego nie trzyma siatka zabezpieczająca. Deptak wśród secesyjnych kamieniczek, a z boku parterowe domki i tylko strzechy brak na dachu.

Podczas wojny miasto nie ucierpiało, a że miało dwa okresy świetności: w XVII w. na przełomie XIX i XX, to można z niego zrobić cacko. Możliwości widzę przynajmniej dwie albo nie umieją pisać wniosków unijnych albo nie chcą tego robić "bo węgierskie" (miasto jest w granicach Rumunii od 1920 roku z przerwą na II wojnę). Na obrazkach teatr i barokowy kościół rzymsko-katolicki.


Mają sporo banków. Przy rynku naliczyliśmy ich 12. 12 różnych banków. W sklepach wg Agnieszki nie ma nic ciekawego. Ja się nie wypowiadam, bo moim zdaniem w sklepach z butami zawsze są tylko buty (czytaj nie ma nic ciekawego). Ten obiekt to Black Hawk - kiedyś hotel, teraz kamienica z knajpkami. Robi wrażenie z zewątrz i ze środka.

 Idea roweru nie jest mi znana. Ale wygląda ciekawie. A ta grupka przy stoliku nie czeka wcale na jedzenie. To jacyś literaci.


 A skoro o jedzeniu mowa, to zaleźliśmy całkiem fajną knajpkę z ciekawymi zestawami jedzenia. Dzisiaj padło na półmisek grilowanych mięs z warzywami. Te sztućce to nie widelczyk do ciasta i łyżeczka do herbaty. To łycha i widelec. Łatwo nie było.
 
 Czas ruszyć 4 litery. Jutro po pracy jedziemy zobaczyć Pestera Ursilor.

niedziela, 21 maja 2017

W drodze albo ostatnia granica

Na pożegnanie Pensjonatu pod granią było śniadanko. Takie proste, górolskie: jajecznica, buły (bo bułeczki to nie były) z wędlinami wszelakimi, serkiem, pomidorkiem i ogórkiem. W przypadku jajecznicy mogła być dokładka, z dżemu zrezygnowaliśmy. Najedzeni i napici pożegnaliśmy Białkę.

Pogoda - późna jesień, po przekroczeniu Tatr powróciła wiosna. Na Węgrzech pogoda była jeszcze lepsza a drogi zdecydowanie gorsze. Coś jakby węgierscy drogowcy do nas jeździli na praktyki.
Pokonaliśmy 3 granice. PL-SK - taka jakaś tabliczka, SK-H - jak skończyliśmy objazdy to okazało się, że to już Węgry. H-RO - o k... Normalnie paszporty nam oglądali i sprawdzili czy nie przemycamy kogoś. No ale kogo mamy przemycić do Rumunii? Człowiek już odwykł od takich bezeceństw w UE. Kto to widział żeby w Schengen nie być!


Jak już się rozlokowaliśmy w hotelu i bojem odkryliśmy gdzie jest Universitatea, postanowiliśmy pójść na miasto coś przegryźć. A "na mieście" był akurat Street Food Festival. Jakby wiedzieli, że głodni przyjechali. Na zakończenie tak miło rozpoczętego dnia nie pozostało nic innego jak sprawdzenie co piją lokalne wampiry.


Jutro pierwszy dzień zmagań na Universitatea din Oradea.

sobota, 20 maja 2017

10, 11, 12… Start! albo jaki mały jest ten świat.



Zgodnie z tym co w tytule o 12 wyruszyliśmy na podbój tego co cały czas jest pytaniem konkursowym z poprzedniego odcinka. Na dzisiaj zaplanowane mamy prawie 600 km do Białki Tatrzańskiej. Bezpieczny przejazd ma nam zapewnić osobnik zwany Karlsonem.
 Do godziny 10 z ogonem maltretowałem studentów. Poczułem się zwolniony z prac „przysamochodowych”
Droga przebiegła szczęśliwie i bez korków. Już po 5 minutach (czas jest względny, byli tacy, którym się wydawało, że to 5 godzin) byliśmy w pensjonacie. Pierwsze zaskoczenie. Pan zapytał: Czy wolimy pokoje „białe” czy „w drewnie”. Wybraliśmy wariant drewniany. Apartamencik całkiem fajny: dwa pokoje z łazienką.

I jeszcze na korytarzu zestaw kanapowo-fotelowy.
Zwiedzanie Białki poza sezonem sprowadzało się do znalezienia knajpy spełniającej nasze kryteria. Na street-fooda nie liczyliśmy. Wylądowaliśmy w Fresco Ristorante & Pizzera. W sumie to nawet głodni nie byliśmy, więc grillowane oscypki wyglądały tak:  

 
zanim ktokolwiek się zorientował. Mój makaronik w sosie borowikowym – pycha. Zjedli, popili, zapłacili, chcą wychodzić, a tu napada ich pańcia ze stolika obok i pyta czy może przypadkiem z Bydgoszczy nie jesteśmy. Śmierć zajrzała nam w oczy, bo przeca gorszego sortu jesteśmy, a tu wśród górali ta grupa nie jest chyba dobrze widziana. Zebraliśmy się na odwagę i przyznaliśmy bez bicia do związków z Bydgoszczem. 
Szczęściem nie był to nasz koniec, albo jeszcze nie był. Padło kolejne pytanie „Czy nie macie czegoś wspólnego z WSG?”. Statystycznie rzecz ujmując nie zalicza u mnie jakieś 5% (Mówię o efekcie ostatecznym czyli po ostatniej poprawce jakieś 2 lata od zakończenia zajęć). W liczbach bezwzględnych po tych 16 latach się troszkę uzbierało… Raz kozie śmierć. Przyznaliśmy się. Szczęśliwie wszystko zaliczyła i miło wspominała ten okres. Skończyła studia jakieś 8 lat temu.
Pozdrowienia od Oli z Białki dla Pauli.

niedziela, 9 kwietnia 2017

Pora gdzieś wyskoczyć

Dawno nie pisałem.
W tak zwanym "międzyczasie" (3-7.04) miałem krótki wypad do Mińska. W Mińsku nie pisałem z prozaicznego powodu. Było koszmarnie dużo roboty i po powrocie do hotelu oraz przygotowaniu się na kolejny dzień człowiek tracił ochotę do oglądania monitora.

 
 Wrażenie pierwsze: czysto. Wrażenie drugie: bardzo czysto. Jesteśmy w Norwegii czy co?



Wrażenie trzecie: Związek Radziecki. Czas się cofnął czy co?


 Przyjechaliśmy wieczorem, nie pozostało nic innego jak wyskoczyć na wieczorny spacerek po stolicy Białorusi. Było dobrze, a nawet doskonale: 200 m przez plac i jesteśmy na Uniwersytecie.


 Wieczorem miasto cały czas pozostawało czyste i radzieckie. Okazało się też, że nie oszczędzają prądu.

Rano miasto w dalszym ciągu było czyste. Jak przystało na naukowców zrobiliśmy badania w różnych jego częściach. Dziwnie tak chodzić w butach po takim czystym...


Większość czasu dyskutowaliśmy w gronie międzynarodowym używając na zmianę angielskiego i rosyjskiego. Zwykle pod koniec dnia było mi zupełnie obojętne w jakim języku do mnie mówią.

Z rzeczy przyjemnych byliśmy na wycieczce po stolicy. Podczas wojny Mińsk został dość skutecznie zniszczony. Władza radziecka podjęła decyzję, że zbudują je od początku. I zbudowali. Główna ulica miasta to Prospekt Niepodległości 15 km ulicy, z tego 3 km budowli w stylu "stalinowski empire". Jedyna na świecie taka ulica. Nic dziwnego, że chcą ją wpisać na listę UNESCO.

 Został też kawałek starówki. Głównie kościoły katolickie przerobione na cerkwie oraz całkiem fajny ratusz.



 No i obowiązkowo byliśmy na balecie. Całkiem udany mają balecik. Sam teatr też niczego sobie.


 

Co jeszcze? Spodobały mi się rożnego rodzaju rzeźby poupychane w każdym kącie. Koniki są podobno obowiązkowe. Trzeba wleźć i sobie zrobić fotkę.


 
Norweskim zwyczajem postanowiłem odwiedzić króla. Niestety od kilku lat nie mają króla, prawdopodobnie nawet dłużej. Istnieje ryzyko, że nigdy nie mieli swojego króla bo albo był nasz polski albo jakiś ruski. Z braku króla zdecydowałem się na prezydenta. Efekt był taki sam jak w Norwegii.


W Mińsku byłem w roli zachodnioeuropejskiego eksperta. Bo jakby ktoś jeszcze miał wątpliwości, to my jesteśmy od jakiegoś czasu owym mitycznym "zachodem". Ekspertów była w sumie szóstka. Eksperci unijni w komplecie wyglądają miej więcej tak:


A unijny specjalista od metod zdalnych ze specjalistką od systemów ekspertowych w przybliżeniu tak:


Czy ta ekipa jest w stanie pomóc Białorusi wykształcić nowoczesne kadry informatyczne? Oni to jednak mają przerąbane: z jednej strony Aleksandr Grigorjewicz z drugiej eksperci...

W sobotę 20.05 kolejny wypad. Kto zgadnie gdzie jedziemy?