No to zaczynamy spacerek. Po 10 godzinach snu w lodówce nic lepszego nas nie pobudzi do życia. Oni tu maja taki zwyczaj przewozu turysty. Klima na minus 100 i jedziemy. Klient zamarznięty jest mniej awanturujący się jak wiemy z Misia
Zaczynamy od śniadanka. Na próbę bangsilog, porksilog, chicsilog i ktoś zamówił american breackfast. Powiedzmy, że większość była jadalna. Widok z ona w knajpie był mniej więcej taki jak na obrazku. Nie ma się czym zachwycać.
W knajpie zostawiliśmy vana. Dalej był już tylko jeepnej. Jeepnej jaki jest każdy widzi.


Klima działa już przy prędkości 10 km/h, spaliny wzbogacają atmosferę przez całą drogę. A po tych drogach nie każdy da radę. Naszym zdaniem ten pojazd może wszystko, ludzie jadą w środku, na dachu i po bokach, a sztuka zdobnicza wspina się na szczyty. Pobieżna analiza pojazdów tej marki pozwoliła mi wyciągnąć następujące wnioski: mają bardzo liberalną drogówkę, pan od przeglądów rejestracyjnych ma cały czas zamknięte oczy, warsztaty blacharsko-lakiernicze to podstawa przemysłu, a wsiadanie w biegu do tego pojazdu jest sportem narodowym uprawianym od dzieciństwa.
Jeepnej jeździ zawsze do końca. Czasami jest to koniec pojazdu, a czasami drogi. W naszym przypadku skończyła się droga. Drogi nie są liniami prostymi tylko odcinkami, czyli jak wiemy z geometrii mają swój początek i koniec.
Brak drogi umożliwiającej ruch kołowy zmusza do ruchu pieszego lub w przypadku Star Wars, Awatara itp wymusza użycie maszyn kroczących. Niestety takie maszyny nie są w powszechnym użyciu. Zwyczajem ludności lokalnej udaliśmy się do wioski na własnych nogach. Podobnie jak oni, też mieliśmy coś na plecach.
We wsi oraz w jej okolicach nie istnieje transport kołowy. Wszystko musi być dostarczone na własnym grzbiecie. Oznacza to żywność, materiały budowlane, lodówki, chorych i tak bez końca...

Po "chwili" spaceru człowiek pełen dumy z siebie docierał do hotelu. I teraz obrazek z gatunku "widok z okna w hotelu", z dużym naciskiem na to ostatnie słowo. Bo to na zdjęciu, to cały nasz pokój i okno z widokiem. A i jeszcze Iza - nie miała jak się wydostać bo stałem w przejściu.
Jak już udało się odpocząć, ruszyliśmy na spacerek po ryżowiskach. W Internecie piszą, że pola mają 2000 lat ale nasz przewodnik powiedział, że to legendy i jego dziadek mu mówił, że mają tylko 1000 lat. No to poszliśmy po tych "nówkach".
Zawsze mnie zastanawiało jak się wchodzi na murek wysokości 5 metrów bez drabiny. Dowiedzieliśmy się bardzo szybko. Szczęśliwie pierwsze szkolenie było na niskim tarasie. Później, to już było z górki.

Poćwiczyliśmy sobie marsz krawędzią ryżowiska z jednoczesnym sprawdzeniem czy potrafimy zachować równowagę na ścieżce o szerokości do 20 cm, która znajduje się nad przepaścią.
Teraz już wiem po co były te ćwiczenia w podstawówce w chodzeniu po odwróconej ławeczce. Normalnie za komuny potrafili wszystko przewidzieć (ławeczka, Trybunał Konstytucyjny....)
Co do okoliczności przyrody nie będę się rozpisywał powrzucam obrazki. Różnica wysokości pomiędzy wioską na dole a poziomem gdzie jest szkoła to 700 m. Nie ma windy.
Tutaj mamy ryżowiska z kilkoma białymi, których z trudem ustawiłem tak, żeby niczego nie zasłaniali, bo mieli silne "parcie na szkło".
Klima działa już przy prędkości 10 km/h, spaliny wzbogacają atmosferę przez całą drogę. A po tych drogach nie każdy da radę. Naszym zdaniem ten pojazd może wszystko, ludzie jadą w środku, na dachu i po bokach, a sztuka zdobnicza wspina się na szczyty. Pobieżna analiza pojazdów tej marki pozwoliła mi wyciągnąć następujące wnioski: mają bardzo liberalną drogówkę, pan od przeglądów rejestracyjnych ma cały czas zamknięte oczy, warsztaty blacharsko-lakiernicze to podstawa przemysłu, a wsiadanie w biegu do tego pojazdu jest sportem narodowym uprawianym od dzieciństwa.
Jeepnej jeździ zawsze do końca. Czasami jest to koniec pojazdu, a czasami drogi. W naszym przypadku skończyła się droga. Drogi nie są liniami prostymi tylko odcinkami, czyli jak wiemy z geometrii mają swój początek i koniec.
Brak drogi umożliwiającej ruch kołowy zmusza do ruchu pieszego lub w przypadku Star Wars, Awatara itp wymusza użycie maszyn kroczących. Niestety takie maszyny nie są w powszechnym użyciu. Zwyczajem ludności lokalnej udaliśmy się do wioski na własnych nogach. Podobnie jak oni, też mieliśmy coś na plecach.
Po "chwili" spaceru człowiek pełen dumy z siebie docierał do hotelu. I teraz obrazek z gatunku "widok z okna w hotelu", z dużym naciskiem na to ostatnie słowo. Bo to na zdjęciu, to cały nasz pokój i okno z widokiem. A i jeszcze Iza - nie miała jak się wydostać bo stałem w przejściu.
Jak już udało się odpocząć, ruszyliśmy na spacerek po ryżowiskach. W Internecie piszą, że pola mają 2000 lat ale nasz przewodnik powiedział, że to legendy i jego dziadek mu mówił, że mają tylko 1000 lat. No to poszliśmy po tych "nówkach".
Zawsze mnie zastanawiało jak się wchodzi na murek wysokości 5 metrów bez drabiny. Dowiedzieliśmy się bardzo szybko. Szczęśliwie pierwsze szkolenie było na niskim tarasie. Później, to już było z górki.
Teraz już wiem po co były te ćwiczenia w podstawówce w chodzeniu po odwróconej ławeczce. Normalnie za komuny potrafili wszystko przewidzieć (ławeczka, Trybunał Konstytucyjny....)
Co do okoliczności przyrody nie będę się rozpisywał powrzucam obrazki. Różnica wysokości pomiędzy wioską na dole a poziomem gdzie jest szkoła to 700 m. Nie ma windy.
Tutaj mamy ryżowiska z kilkoma białymi, których z trudem ustawiłem tak, żeby niczego nie zasłaniali, bo mieli silne "parcie na szkło".
Znowu wystawili główki (no nie ma nich siły)
Prawdopodobnie byli zbyt zmęczeni aby mi zasłaniać krajobraz.
P.S.


